czwartek, 5 września 2013

chapter 15.

będziemy oddychać tym samym powietrzem?




         Usłyszałam charakterystyczne "ding" i wiedziałam, że muszę wysiadać. Dochodzę do Lancer Square z nadzieją, że to jednak będzie melina i będę miała wymówkę po co tam nie weszłam. Co widzę ? Duży, złoty napis "Café Rouge" na czerwonym tle restauracji. Moje myśli, emocje i ruchy żołądka są niczym duże, obrotowe drzwi wprowadzające do środka. Westchnęłam głęboko. No Kimberly, idź!


~*~
       Zapach wanilii, cynamonu i kawy dobiegł do moich nozdrzy gdy tylko przebrnęłam przez próg. Mahoniowe krzesła i stoły, idealnie pasowały do beżowych ścian ciekawie ozdobionych różnymi obrazami. A do tego te czerwone sofy w rogach pomieszczenia. na pierwszy rzut oka niestrasznie, nie zabijają tu ludzi. Ale może jedzą? Z głupimi myślami, idę dalej. Mijam ludzi grzebiących w swoich talerzach, przeżuwających dokładnie każdy kęs. Moim oczom ukazuje się lada, duża, wielka, ciemnobrązowa lada a przy niej drobna blondyneczka, która na ogół nie wydaje się szkodliwa. Zauważa mnie, wyciera ręce w czerwony fartuszek, biegnie do mnie chwytając kartę z menu.
- witam w Cafe Rouge. Niech pani siądzie, tu jest karta dań. Czy życzy sobie pani coś do picia? - opętana, myślę. Gada jakby czytała z kartki i wlepia we mnie te niebieskie oczka jakby mówiła ' po coś przylazła? Odpoczęłabym. Zamów coś, zostaw napiwek i spadaj'
- yyym, właściwie to ja w sprawie pracy, byłam umówiona i ..
- to Ty jesteś Kimberly Styles? Siostra Harry'ego z 1D ? - zapytała piskliwie a nuda w jej oczach zmieniła się w małe świecidełka, takie świecące jak dwa diamenty.
- Tak, podobno. - uśmiechnęłam się pocierając dłonie. - mogłabyś zawołać szefa albo kogoś z kim mogę porozzzz .. - znów. Znów to zrobiła, przerwała mi piszcząc o ton wyżej tym razem.
- Mogę prosić o autograf ? - teraz w jej oczach pojawiła się nadzieja.
- Autograf ? - uśmiechnęłam się szeroko i pokiwałam głową – jeśli w ciągu sekundy przyjdzie ktoś, z kim mogę porozmawiać na temat pracy to gwarantuję, – objęłam ją lekko ramieniem– że będziesz je dostawać codziennie, a nawet po 45 razy. Tylko nie utrudniaj mi zdobycia tej pracy. Hmm ? - popatrzyłam na nią i uśmiechnęłam się szeroko
- tak, tak jasne. Usiądź, a ja zawołam szefa. - drobną rączką złapała moją i lekko szarpnęła w stronę czerwonej loży.
- Dziękuję .. - zawiesiłam głos ponieważ nadal nie znałam imienia panny piszczącej.
- Courtney – rzuciła niemalże biegnąc w stronę zaplecza.


naprawdę tu ładnie. Nie spodziewałam się tego. Właściciel musi mieć gust, ma nieskazitelnie dobre poczucie stylu. Courtney mówiła, że to szef. Czyli, że ma żonę, albo zatrudnił kogoś ze specjalizacji dekorowania wnętrz. Wszystkiego było wystarczająco i z umiarem, nie przygnębiało mnie tu zupełnie nic. A nawet podobało mi się to, że w innym rogu naprzeciw sofy była plazma i przy barze stał nalewak do piwa. Restauracja wyglądała ekskluzywnie i drogo a to, że można było tu przyjść z przyjaciółmi, wypić piwo i obejrzeć mecz było tylko plusem. Raz restauracja na miarę tych prawdziwych, francuskich a raz zwykły bar i miejsce luźnych spotkań. fajnie.
Jest przyjemnie, przytulnie i miło. A czerwone sofy są niebywale wygodne. Masz ochotę usiąść, zatopić się w tej czerwieni i nigdy stąd nie wychodzić. Lubiłam takie miejsca gdzie czułam się dobrze, nie jakoś nieswojo.
Muszę tu przyprowadzić Sophie.


       Kątem oka rzuciłam na kartę, którą Webb, jak wyczytałam z jej plakietki przyczepionej do białej bluzki, rzuciła na stół w przypływie podniecenia na temat mojego nazwiska. Swoją drogą, nazwisko na służbowej, restauracyjnej, zwykłej plakietce ? To nie ma sensu, no bo przychodzi nadziany 60-latek, chcący wypić whiskey z lodem i krzyczy " kelnerka Courtney Webb, życzę sobie Whiskey z lodem w kryształowej szklance z prawdziwych kryształów ".. no faktycznie bezsens.
- Witam... - podskoczyłam niczym ukłuta szpilką w miejsce, które mam możliwość zobaczyć tylko ja. - Ty musisz być w sprawie rozmowy o pracę. - gwałtownie odwróciłam się i podniosłam stając naprzeciwko wysokiego, dobrze zbudowanego bruneta – Kimberly, tak?
- tak, tak. - poprawiłam nerwowo kosmyk włosów. - to ja, dzień dobry. - wyciągnęłam rękę w celu przywitania się. Ścisnął ją lekko, patrząc mi w oczy trochę dłużej niż powinien. podniósł do góry moją dłoń i złożył na niej delikatny, szarmancki pocałunek
- cóż za artystycznie pomalowane paznokcie. - co ?! Czy on właśnie pochwalił moje paznokcie? - jakie delikatne dłonie – przyglądał się tej części ciała. Oblałam się lekkim rumieńcem i uśmiechnęłam.
- uuum, dziękuję – odparłam cicho
- Hugo Oliveira, ale mów mi Hache – machnął brwiami w moją stronę i szelmowsko się uśmiechnął. 
- A nie szefie ? - odwzajemniłam uśmiech, tym razem pokazując zęby.
- o tym zaraz porozmawiamy. Siądźmy. - wskazał miejsce, na którym siedziałam wcześniej, poczekał aż usiądę pierwsza. Dżentelmen, miło. Jeszcze o brązowych oczach. Nie wyglądał na Anglika, zresztą to imię i nazwisko, dziwny akcent. I to zachowanie, Anglicy nie są tacy szarmanccy. Wystarczy spojrzeć na mojego ojca... i brata.
Przystojny, Hache był naprawdę przystojny. Wyglądał na 24-26 lat, na dorosłego faceta, wiedzącego czego chce. W jego oczach dostrzegłam smutek i strach, jakby chciał ukryć coś bardzo złego, coś co być może stało się w jego życiu.
- Przepraszam, że nie jestem przygotowany na rozmowę z Tobą, yy. Mogę Ci mówić na "Ty"?
- Tak, tak. Oczywiście.. - kiwnęłam twierdząco głową.
- Ale to mój zastępca, Johny zajmuje się całą tą rekrutacją. Ja nie mam do tego głowy. - splótł swoje palce głośno wzdychając. Przelustrował spojrzeniem całe pomieszczenie po czym spojrzał na mnie, uśmiechnął się a w jego policzkach pojawiły się dołki. - powiedz mi coś o sobie
- yyy, to znaczy tak.. generalnie to moja pierwsza praca, 3 tygodnie temu przeprowadziłam się do Lodnynu z Holmes Chapel. Kilka lat mieszkałam w Polsce, ale kiedy skończyłam się szkołę postanowiłam tu wrócić. Właściwie to mam 18 lat i chciałabym mieć tę pracę... bo nie chcę być utrzymywana przez mamę. Trochę gram na perkusji ale z tego nie mam zarobków i ... - zamilkłam a ON przeszywał mnie wzrokiem patrząc na pociągnięte czerwoną szminką usta, znów uśmiechnął się szeroko i cholernie seksownie. – coś nie tak ? - zapytałam zdezorientowana
- nawet mi się nie przedstawiłaś a już mam ochotę mianować Cię szefową mojej restauracji. - moje oczy powiększyły się maksymalnie a usta utworzyły kształt literki o.
- Proszę ?
- Nie zrozum mnie źle, nie to miałem na myśli. Chcę Ci powiedzieć, że masz tę pracę.
- Serio?
- Czy ja wyglądam na człowieka, który robi sobie żarty z kobiet ? - nie wyglądał, cholera. Pokiwałam głową zaprzeczając – no właśnie. Przejdźmy do szczegółów. W pracy nosimy czerwony fartuszek, który dostaniesz jutro – tłumaczył mi zasady panujące w jego królestwie. Nie słuchałam ich. Wolałam się skupiać na jego seksownym akcencie i na tym jak zgrabne usta posiada. mam tę pracę. mam ją. Mam ją bez nazwiska, bez jakiegoś nudnego podlizywania się. Tak jest fantastycznie, tak jest dobrze i tak by mogło być zawsze. - potrzebuję do plakietki Twoich danych. Jak się nazywasz ?
- Sł – słucham ? - moje policzki zarumieniły się bo na pewno zauważył, że przyglądam mu się z pożądaniem. Uśmiechnął się pod nosem.
Liczysz mi zmarszczki, że mi się tak przyglądasz ?
- Jakie zmarszczki ? - odparłam co wywołało szeroki uśmiech na naszych twarzach.
- To jak, powiesz mi w końcu jak się nazywasz abym mógł przygotować Ci plakietkę ?
- Uuum, właściwie .. czy na tych plakietkach muszą być nazwiska ? Nie chciałabym umieszczać tam swojego.
- Nawet go nie znam, więc nie mogę Ci odpowiedzieć. Jak się nazywasz ?
- Styles, Kimberly Styles.
- Jesteś siostrą tego z 1D ?!
- no właśnie dlatego.. - spuściłam wzrok
- heeej, rozumiem Cię. Jeśli nie chcesz nie musimy go umieszczać, zgoda ? - położył rękę na mojej a ja poczułam delikatny dreszczyk. Jego dotyk mi się spodobał. cały Hache mi się spodobał. Był dżentelmenem, był szarmancki i tak perfidnie przystojny, że na sam widok miałam grzeszne myśli z nim w roli głównej. Nie chciałam stamtąd wychodzić, ze względu na przyjazny wystrój, ale gdy moim oczom ukazał się on mogłabym tam nawet zamieszkać.
      Dotarłam do przystanku. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Żałowałam, że nie miałam ochoty wstać z łóżka bo ten dzień okazał się zwyczajnie piękny. Nie było w nim nic nadzwyczajnego a ja wiedziałam, że zapiszę go w pamięci, w szufladce z tymi dobrymi. Chyba nie posiadałam szufladki z tymi złymi więc innego wyboru nie było.

       Stoję przed białymi drzwiami z małą szybką na środku i napisem "R, A, Twist". Przez małe uchylone okno dociera do mnie zapach rabarbaru. Ach ! Wywiązała się ! Szarpnęłam za klamkę, ale ledwo co nie uderzyłam nosem w drzwi. Zapomniałam, że angielskie drzwi mają to do siebie, że jak ktoś nie otworzy ich od środka, to od zewnątrz można otworzyć je tylko kluczem. Przydatne, ale irytujące. Zadzwoniłam dzwonkiem i po 3 sekundach usłyszałam zgrabne kroczki.
- Kiiiiiiiiiiim – na szyję rzuciła mi się uradowana moim widokiem Rosie. Przytuliłam ją równie mocno, bo stęskniłam się za nią bardziej niż za kimkolwiek innym. Choć nie widziałam jej zaledwie tydzień. Coraz mniej rozmawiamy, ona biega na castingi, na jakieś sesje, a to widuje się z Liamem, który zresztą też ma mało czasu.
- Mogę wejść czy jemy dziś w progu?
- Jasne, wchodź. - przepuściła mnie w drzwiach. - idź do kuchni, mama jest tam. Tylko ściągnij buty, bo sprzątałam. - westchnęła.
- Oj dobrze, pracusiu. - potargałam jej włosy a ona zwinnie pobiegła do salonu rzucając się na kanapę przed telewizorem. Czasami naprawdę zastanawiałam się czy ona dorośnie. Ale taką ją właśnie lubiłam, małą Rosie.

- maaaaaaaaaaamuuuuś – weszłam do kuchni rzucając torebkę gdzieś na jedno z jadalnianych krzeseł.
- cześć córciu ! - akurat podnosiła się od kuchenki, w której piekło się moje rabarbarowe ciasto. Przytuliła mnie bardzo mocno. - kawy ? Specjalnie kupiłam cynamon.
- Aa bardzo chętnie, jestem padnięta. - siadłam na wysokie krzesło opierając łokcie o kuchenną wysepkę.
- Właśnie, jak było na rozmowie ?
- Mam tę pracę, Hache ma do mnie zadzwonić i podać mi dokładnie na którą mam jutro przyjść. - kiedy wypowiedziałam Jego imię uśmiech sam wdarł się na moje usta.
- Hache ?
- Szef, mama.
- Czyżby jakiś przystojny ?
- Bardzo!
- Kim, a co z Zaynem ? - mama podała mi przygotowaną wówczas kawę, siadając obok mnie.
- Mamuś, proszę Cię. Niedługo dostaniemy zaproszenia na ślub, jeśli ta fioletowa zołza sobie zażyczy.
- Słyszałam.
- No właśnie ..
- ale mimo wszystko, zaprosiłam go dziś na obiad. - spojrzała na mnie wymownie i jak gdyby nigdy nic upiła łyk mojej kawy. Wyrwałam jej filiżankę z dłoni stawiając gwałtownie o blat wysepki.
- Dlaczego Ty mi to robisz, co ? Dlaczego się .. - usłyszałyśmy głośny dzwonek do drzwi.
-  lepiej idź otwórz.
Prychnęłam głośno ale szłam w stronę drzwi by otworzyć temu natrętowi, który zadzwonił już drugi raz. Kolejny dzwonek a ja wciąż stałam tam, gdzie stałam próbując ułożyć sobie wszystko w głowie. Mogłam się domyślić, że prędzej czy później i tak go spotkam, że przez te parę chwil będziemy przybywać w swoim towarzystwie, ale że będziemy oddychać tym samym powietrzem? Że będziemy patrzeć sobie w oczy, siedzieć przy jednym stole a później... A później wszystko ma się powtórzyć? Chciałam go jak najczęściej unikać, bo po co jakiekolwiek uczucia miałyby wrócić ? Po znów miałabym mieszać mu w głowie i spławić, jak ostatnio?
Tak jak myślałam, kogo zobaczyłam w drzwiach ? Zayna, z bukietem kwiatów i winem. Boże, to tylko obiad u mojej mamy a nie zaręczyny. Cóż mogę powiedzieć ? Wyglądał bosko, jak zawsze. Idealnie ułożone włosy, lekki zarost, czarna koszula. Bosko.
- Hej Kim. - znów ten zachrypnięty głos.
- Cześć Zayn, miło Cię widzieć  Wejdź. - przesunęłam się by chłopak mógł spokojnie wejść przez próg.
- Uum, proszę. Kwiaty dla pani domu i wino dla Robina.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się i odebrałam od Malika wielki bukiet niezapominajek. Uwielbiałam te kwiaty. - lubię niezapominajki.
- Tak? Też je uwielbiam – odwiesił kurtkę na wieszak , spojrzał na mnie i wymownie się uśmiechnął.
- Perrie inspirowała się ich kolorem malując sobie włosy ? - rzuciłam bezmyślnie a on tylko lekko zmrużył oczy i już miał coś powiedzieć gdy do przedpokoju wbiegła Rosie. Przywitali się i powędrowali w stronę jadalni. Ja natomiast wzięłam wazon, nalałam w niego wody i odstawiłam na jadalniany stół.
       Kiedy Liam, Harry i Robin dotarli w końcu do domu, zasiedliśmy do obiadu. Wzrok Malika nie opuszczał mnie ani sekundę. Przyglądał się dokładnie moim ruchom, badając – daję sobie uciąć rękę – każdy centymetr mojej twarzy. Poprawiłam kosmyk włosów opadający na policzek, kiedy schyliłam głowę aby nie mógł dostrzec rumieńca na moim licu
(specjalnie na Justina, która twierdzi, że jestem 'artystką' :* !)
czego on chciał, cholera ? Wlepiał się we mnie jakbym była obsypana złotem, albo jakaś diamentowa. Jak on trafiał widelcem do ust skoro nawet nie patrzyłam  ale za to ja swoim artystycznie grzebałam w talerzu. Kilka razy naszym spojrzeniom udało się spotkać. Ja wymiękałam, on nie.
Kimberly, jak w pracy ? - rzuci Harry ni stąd ni zowąd
- świetnie braciszku, a jak w Twojej ? - zakpiłam. nie to że mam coś do zespołu, bo wspierałam go i wspieram jak tylko mogę. cieszę się, że spełnił swoje marzenia.
- Zajebiście ! - odpowiedział, zakładając ręce za głowę i cwaniacko odchylając się do tyłu.
Harry ! - krzyknęła mama.
- To gdzie będziesz pracować ?
- W Cafe Rouge, przy Lancer Square.
- Co?! - zapytał bardzo oburzonym głosem. Reszta obecnych oblała go złowieszczym spojrzeniem.
- no co ? - zapytałam brata zupełnie nie wiedząc o co mu chodzi.
- będziesz pracować w knajpie ? Jako kelnerka ?! Zapomniałaś do cholery jak się nazywasz ? Jakie masz nazwisko ?!
To Twoje nazwisko. Ty je wypromowałeś, ja jestem normalna i znam doskonale swoją wartość. Nie bujam w obłokach.
- Twierdzisz, że bujam w obłokach ? To nie moja wina, że do niczego nie doszłaś w życiu.
Harry ! - ponowiła mama
- doszłam, do takiego bezmózga z przerośniętym ego jak Ty
- Kimberly ! - mama krzyczała coraz głośniej. Ale takie kłótnie się zdarzały. Kochaliśmy się z Harry'm na zabój, poszlibyśmy za sobą w ogień. Ale mając takie same wredne i zacięte charaktery, często było nam bardzo ciężko żyć w zgodzie choćby przez 5 minut.
- Będę Ci dawał pieniądze ! Nie pracuj tam !
- A co, zrujnuję Ci karierę ?
- Zrujnujesz mi życie ! - krzyknął głośno uderzając otwartą dłonią w stół.
Zamarłam. Mama nie krzyknęła. Rosie lekko pisnęła. Przesadził. Powietrze ginęło tutaj wraz z każdym oddechem, ale ja nie mogłam wówczas oddychać. Nie byłam w stanie. Widelec wypadł mi z rąk głośno uderzając o talerz a w kącikach moich oczu pojawiły się łzy.
- przepraszam na chwilę – powiedziałam, odchodząc od stołu. Wyszłam do ogrodu a mój wzrok przykuły duże wypoczynkowe fotele. Usiadłam sobie i nie zamierzałam wstać. nawet o tym specjalnie nie myślałam. miałam w dupie to co on sobie układa w tym swoim rozczochranym łbie. nie zamierzałam wykorzystywać swojego nazwiska do żadnych nieprzeznaczonych celów. nazwisko jak każde inne, Brown czy Smith.

- zamarzniesz.
- Trudno, przynajmniej nie zrujnuję życia temu burakowi. - skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
- Chodź do środka.
- ile tu siedzę ? - zapytałam – całą wieczność, chyba - odwracając się do mojego rozmówcy.
- 3 minuty ? - ujrzałam usta, które wyginały się w lewą stronę, przypominały uśmiech.
- Która godzina ?
- 19.

- co ? Już tak późno – podniosłam się gwałtownie z fotela i na oślep próbowałam wbiec do domu. Uderzyłam w klatkę piersiową, wyższego ode mnie, dobrze zbudowanego, nieziemsko pachnącego Malika. Mój wzrok utkwił dokładnie na jego szyi. Miałam ochotę wbić się w nią i zacałować posiadacza tej jakże idealnej części ciała.
Przełknęłam ślinę. Bałam się podnieść głowę wyżej, by nie spojrzeć w jego oczy, których odcień zapewne ściemniał. Chcąc nie chcąc podziwiałam jego usta, włosy, nos, policzki, uszy, przeklinając w duchu za to, że jest tak idealny i nie wie co to kompleksy.
Spojrzałam, spojrzałam w te bursztyny. Były piękne. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
- Kim ... - spuściłam wzrok. Ta bliskość, ten słodki, gorący uśmiech, ta chrypka w głosie i te usta doprowadzały mnie do szału. Dopiero w tej chwili zdałam sobie sprawę z bliskości Malika. Oparł swój kciuk na moim podbródku i swobodnie podniósł go ku górze. Musnął delikatnie moje wargi, ściskając lekko dolną. Tak jakby bał się, że zniknę, że moje usta znikną a on wyjdzie na pajaca całującego się z ręką podczas snu.
Lewą ręką pogładził wierz mojej a na jego ustach zagościł delikatny uśmiech.
- Zayn .. ja za dzie ...
- chodź, odwiozę Cię do domu.
- Za dziesięć minut mam autobus. - czar prysł. Moje ciało znów zaczęło współpracować z mózgiem  nie z sercem, wybierając rozsądne rozwiązania sprawni go ominęłam a on stał w bezruchu. Dobrze mu tak ! Niech wie, że mnie nie całuje się ot tak. Poczułam uderzenie w ramię
pożałujesz – szepnął wprost do mojego ucha, ominął mnie a potem odwrócił się moją stronę z chytrym uśmiechem.
Naprawdę go nienawidzę.


nie podoba mi się ten rozdział ani trochę !
jestem załamana bo jest 03:12, a mnie tylko w nocy dopada jakaś wena. a Anka ma pretensje, że śpię do 13 ! (:
oceniajcie, komentujcie, polecajcie swoje blogi to na pewno zajrzę i zostawię po sobie ślad. 
bardzo mi zależy na szczerych komentarzach.
od razu mówię, nie wiem kiedy pojawi się 16.
pisałam w nocy i za cholerę nie chce mi się sprawdzać błędów. jeśli jakieś będa, przepraszam! :*
kiss! x
- damntrue.